Razem na próbę
14 grudnia 2009, 10:52Modne, nieprawdaż?
Para, która jest ze sobą od jakiegoś czasu postanawia sprawdzić, czy zdołają żyć razem w małżeństwie i stwierdza, że zamieszkają wspólnie „tak na próbę”. Co bowiem będzie, jeżeli się po ślubie okaże, że nijak do siebie nie pasują? Że nie potrafią się pogodzić i dojść do porozumienia w najprostszych sprawach? Totalna masakra i śmierć w męczarniach albo rozwód. Skoro więc ich mieszkanie ze sobą nikogo nie skrzywdzi, to nie tylko można, a wręcz trzeba to zrobić.
Brzmi logicznie?
Bzdura. Brzmi strasznie.
Mieszkanie na próbę, aby sprawdzić, czy para jest do siebie dopasowana, to jeden wielki mit. Pomijając już fakt, że oni na pewno zgrzeszą łamiąc VI przykazanie, to test nie jest miarodajny, ponieważ inaczej podchodzi się do tematu szukania rozwiązań w momencie, kiedy wiadomo, że można się w każdej chwili rozstać, a inaczej wtedy, kiedy nie ma możliwości rozejścia się. To tak jak z próbnymi egzaminami: Nie ma presji, że jak coś się nie uda, to koniec pieśni i sprawa zawalona. Nie ma po prostu tej woli walki, aby jednak jakieś porozumienie osiągnąć i dojść ze sobą do ładu i składu. Małżeństwo, nierozerwalne oczywiście, stanowi tę motywację, aby jednak się dogadać.
Tak nawiasem, to warto pamiętać, że narzeczeństwo wymyślono po to, aby para miała czas na rezygnację ze ślubu (nawet w ostatniej chwili), a nie jako miłą tradycję bez znaczenia. Dlatego też powinno ono być odpowiednio długie (minimum rok), a nie „dziś oświadczyny, jutro ślub, a pojutrze chrzciny”. Szansa na udanie się małżeństwa, które zostało zawarte po tygodniowej znajomości są minimalne. Wiem to z własnego otoczenia.