Posty oznaczone tagiem: Bóg

Grzechy należy wyznawać Bogu w samotności?

14 stycznia 2012, 11:39

Grzechy należy wyznawać Bogu w samotnosci – ewentualnie w obecności innego wierzącego jako świadka wyznania grzechów Bogu.

To jest cytat wypowiedzi niejakiego Turretina na forum PROTESTANCI z dyskusji, która toczy się od chwili złożenia przez LeszKKa świadectwa na temat swojego powrotu do Kościoła katolickiego. Powyższe zdanie padło po wezwaniu przez autora świadectwa do rozpoczęcia poznawania Kościoła katolickiego od spowiedzi. Zaintrygowało mnie.

Turretin, tak jak inni protestanci, twierdzi, że swoje nauki opiera wyłącznie na Piśmie Świętym i nie głosi niczego, co w nim nie jest zapisane. W związku z tym także i powyższy nakaz, który zacytowałem z jego posta, powinien być gdzieś zapisany w Biblii. Tymczasem, jak mnie pamięć nie myli, w Biblii nie ma żadnego fragmentu, który by coś takiego nakazywał. Ba! Jest tam napisane coś zupełnie innego na temat wyznawania grzechów:

Jk 5:16
16. Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego.
(BT)

Nie Bogu w samotności (ewentualnie przy świadku), ale innym chrześcijanom mamy wyznawać grzechy, które popełniliśmy.

Tak nawiasem, to jakiś czas temu zapytałem protestantkę, która twierdziła, że wypełnia wszystkie nakazy Chrystusa i apostołów, kiedy ostatnio wyznała grzechy swoim braciom w wierze. Odpowiedź, którą usłyszałem, mnie nie zaskoczyła: „swoje grzechy wyznaję Bogu„. Spodziewałem się czegoś takiego, bo trudno oczekiwać, aby ktoś negujący sakrament pojednania argumentami, że „ksiądz to taki sam grzesznik”, wyznał grzechy innemu człowiekowi.

Tym niemniej, jak widać z obu cytatów, Słowo Boże mówi swoje, a protestanci swoje. Oczywiście w żaden sposób nie przeszkadza im to w twierdzeniu, ze głoszą wyłącznie to co w Biblii zapisano i stosują się do jej nauk bez dokładania żadnych ludzkich nauk.

Bezżenni

10 stycznia 2012, 06:00

Słuchałem sobie radia, kiedy w wywiadzie na temat powołań pewien bardzo stary ksiądz powiedział mi coś, co mnie bardzo uderzyło. Nie zdołam zacytować dosłownie, ale sens zostanie zachowany:

Celibat sprawia, że życie kapłana zostaje ukierunkowane na Boga. To nie znaczy, że w małżeństwie tego nie ma, ale jest trochę inaczej. W związku, mimo wszystko, zawsze najpierw jest ta druga osoba, a dopiero potem Bóg. W kapłaństwie jest dokładnie odwrotnie: Najpierw jest Bóg, a dopiero potem drugi człowiek.

To jest bardzo ważna rzecz, którą przeciwnicy celibatu albo ignorują, albo której najzwyczajniej w świecie nie nie dostrzegają.  Co smutniejsze, czynią to także wtedy, kiedy wskaże im się fragment Pisma Świętego, w którym św. Paweł naucza właśnie tego, że osoba bezżenna troszczy się przede wszystkim o sprawy Pana.

Wracając jednak do słów tego księdza, to widać w nich właśnie to podążanie za nauczaniem Apostoła Pogan, który wzywał do tego, aby właśnie Boga postawić na pierwszym miejscu i troszczyć się tylko o jego sprawy. Właśnie w samotności, w stanie celibatu, człowiek może prawdziwie w pełni poświęcić się dla Pana. Jeżeli bowiem ma kogoś innego w domu, kim musi się opiekować, to automatycznie jakiś procent czasu, mniejszy lub większy, poświęci na tą drugą osobę. Prezbiterzy i biskupi natomiast całe swoje życie poświęcają na służbę Bogu.

Sprawiedliwość?

22 stycznia 2011, 15:09

Czytając forum biblijne trafiłem na taką wypowiedź na temat wyroku potępienia, który skazuje na wieczną mękę w piekle, która stanowiła podsumowanie wywodu mające zaprzeczyć nauczaniu o piekle:

Wieczny niebyt. OK! ;-) Ale, wieczna męka? :-/ To już nie miłość i sprawiedliwość to (…).

Tak sądzę.

Każdy, jak by na to nie patrzeć, posiada prawo do własnej opinii na dany temat. Niezależnie od tego, czy jest stuletnim starcem, który już kiepsko kontaktuje, czy też małym dzieckiem, które niewiele jeszcze rozumie. Nawet wtedy, kiedy błądzi, to nikt tego prawa nie może mu odebrać ani zabraniać wypowiedzi. Inną kwestią jest to, czy wyrażana opinia, tak jak na przykład powyższa, jest prawidłowa. W powyższym przypadku, nawet jeżeli autor zacytowanego tekstu uważa inaczej, jego ocena nauczania o wiecznej męce jest błędna.

Dlaczego?

Autor ma wypaczone przez ludzie sądy poczucie sprawiedliwości. Wydaje mu się, że miłość do innego człowieka i skazanie go na karę trwającą wieczność są nie do pogodzenia. Uważa, jak widać powyżej, że sprawiedliwi i miłujący człowieka sędzia nigdy nie skaże winowajcy na karę, która będzie trwała wieczność. Jak bowiem za czyn w życiu, które jest „małym śladem” w porównaniu z wiecznością, można skazywać na tak „okrutną karę”?

Można. Wynika to właśnie ze sprawiedliwości, a miłość Boga do ludzi nie stoi tutaj na przeszkodzie. Bóg bowiem przestrzegł ludzi przed tym, jaki jest los przewidziany dla tych, którzy się do niego nie nawrócą i zostaną potępieni. Skoro więc ktoś jest świadomy tego, że w razie potępienia będzie skazany na wieczną mękę, to wydany wyrok będzie w pełni sprawiedliwy. Tak bowiem jak morderca skazany na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwątpienia może winić wyłącznie siebie za ten wyrok, tak potępiony może winić wyłącznie siebie. Miłość Boga do niego nie przejawia się bowiem w tym, że oto zamiast skazać grzesznika na wieczną mękę Bóg go unicestwi, ale w możliwości nawrócenia i uzyskania zbawienia do ostatniej chwili jego życia.

Bóg jest miłującym Ojcem, ale zarazem sprawiedliwym sędzią. Sprawiedliwość zaś wymaga wydania sprawiedliwego wyroku zgodnego z obowiązującym prawem, a nie z ludzkim poczuciem sprawiedliwości, które każe skazywać na łagodny wyrok w zawieszeniu.

Skłonność osądzania

25 sierpnia 2010, 11:08

W ludziach istnieje pęd do osądzania innych osób. Mamy to chyba zapisane w genach, bo widzę to nie tylko u innych osób, ale dostrzegam także u siebie. Lubimy, niestety, ferować przeróżnymi wyrokami i ocenami, ze szczególnym uwzględnieniem tych skazujących. Szczególnie często wobec osób, co do których poglądów mamy obiekcje lub całkowicie z nimi się nie zgadzamy.W takim przypadku… Piekło to za słaba kara dla człowieka, który myśli odmiennie od nas.

Sądzicie, że zmyślam?

Niestety, wielokrotnie spotkałem się z takimi osądami np. wobec mnie od ludzi, którzy mieniąc się chrześcijanami i twierdząc, że „tylko mnie ostrzegają”, ferowały wyroki potępienia czy „wiecznej śmierci” (zależy od tego, w co wydający wyrok wierzy). Smutna sprawa: Osoby, które twierdzą, że miłują swoich bliźnich, niemalże z lubością przytaczały cytaty, które w ich mniemaniu, miały stanowić dowód, że czeka mnie taki, a nie inny los.

Przyznam się, że nie rozumiem takiego zachowania. Sam, chociaż również mam tendencje do osądzania, jeszcze o nikim nie odważyłem wydać się wyroku, że zostanie lub jest potępiony. To po prostu nie mieści mi się w głowie, aby zajmować miejsce Boga i ferować takie wyroki. Tym bardziej, że sam Zbawiciel przestrzegał nas, aby nie osądzać innych, bo jakim sądem my osądzimy, takim i nas osądzą (por. Mt 7:1-2).

Po co więc ryzykować własne zbawienie? Jak dla mnie to się po prostu nie opłaca.

Kto chce iść do nieba?

19 grudnia 2009, 06:00

Słyszałem kiedyś historię: 

Pewien rekolekcjonista zadał pytanie w środku jednej z homilii:

- Kto chce iść do nieba?

Momentalnie uniósł się las rąk. Ksiądz zadał więc kolejne pytanie:

- A kto chce iść do nieba teraz?

Wszystkie dłonie opadły.

Wiecie, kiedy postawiłem się w tej sytuacji, pośród osób, które usłyszały to pytanie, to wstyd się przyznać, ale zawahałem się. Przez moment, co z przerażeniem sobie uświadomiłem, nie chciałem iść do nieba w chwili obecnej.  przez chwilę zastanawiałem się, że jeszcze coś chciałbym zrobić na tym świecie, czegoś doświadczyć, a dopiero potem znaleźć się z Bogiem. W tym samym momencie zrozumiałem, dlaczego osoby, które wierzą w raj na ziemi, nie chcą znaleźć się w niebie.

Niebo oznacza, że cały nasz doczesny świat, wszystkie dobra, które zgromadziliśmy, wszystkie przyjaźnie, miłości idt. odejdą w przeszłość. Przeminą i już nie wrócą. W niebie, po zmartwychwstaniu, będziemy jak aniołowie – ani się żenić nie będziemy, ani wychodzić za mąż. Nie będzie majątków, pieniędzy… Będziemy przez wieczność cieszyć się miłością Boga i z Nim przebywać.

Dla człowieka, który jest przywiązany do zwykłej ludzkiej miłości, do posiadania domu, samochodu i innych dóbr materialnych, wizja nieba jest nie do przyjęcia. Nie potrafi bowiem wyobrazić sobie życia bez tego wszystkiego. Bycie jak anioł z Bogiem w niebie to nie jest dla niego wizja raju, wizja wiecznego szczęścia. To zaś sprawia, że kiedy usłyszy kogoś, kto obiecuje mu wieczne życie na ziemi, ale bez chorób i śmierci, to pójdzie za nim bez wahania. Wizja takiej wieczności do dla niego Ziemia Obiecana. Ziemia, gdzie niczego, co ma, nie będzie musiał się wyrzekać.

Nie dawajmy się jednak oszukać: Mieszkania, które Chrystus nam przygotowuje, są w niebie, a nie na ziemi. Tam zabierze tych, którzy w niego wierzą i go naśladują.

Wiecie… Ja chcę być w niebie. Najlepiej od razu.

Więź z Bogiem

10 września 2009, 06:00

Kolejny zarzut, który uparcie jest powtarzany przez różnej maści odstępców od katolicyzmu:

W Kościele Katolickim osobista więź z Bogiem jest niemożliwa.

Dlaczego coś takiego się pojawia? Skąd ten zarzut?

Nie chcę na nikogo najeżdżać, ale najczęściej, tak jak już napisałem, pojawia się on w ustach osób, które z jakichś przyczyn Kościół Katolicki porzuciły. Osób, które bardzo często w swoich świadectwach na temat odejścia piszą, że jedną z przyczyn, dla których porzuciły KK, jest „brak” Boga w katolickich sakramentach czy obrzędach.

Mam wrażenie, że osoby wypowiadające powyższe opinie, po prostu kierują się emocjami. Nie czując wielkich „sensacji” uczuciowych podczas Mszy Św. czy przyjmowania sakramentów, stwierdzają, że Bóg przez nie nie działa. Nie widząc gromadnego obdarowywania bierzmowanych spektakularnymi darami przez Ducha Świętego twierdzą, że Duch Święty na te osoby nie zstąpił. Dodatkowo u tych ludzi pojawia się przekonanie, że katolicy nie mogą bezpośrednio spotykać się z Bogiem, a wszystko dokonuje się za pośrednictwem księży i biskupów, bo przecież bez nich nie przystąpi się do sakramentów, a one stanowią podstawę takiej więzi.

W konsekwencji zaczynają wierzyć, że w Kościele Katolickim niemożliwym jest nawiazanie „osobistej więzi z Bogiem”.

No tak, ale czy rzeczywiście to jest niemożliwe? Czy katolicy rzeczywiście nie mają „osobistej więzi z Bogiem”?

Pytanie dobre, a odpowiedź prosta: To jest możliwe i jest praktykowane.

Osobista więź z Bogiem nie oznacza, że nie mogą istnieć żadni szafarze, którzy by przekazywali łaski od Boga. W końcu to przecież Bóg ich ustanowił i nakazał szafowanie jego łaskami. Osobista więź nie oznacza, że zawsze będą emocjonalne wodotryski i spektakularne dary od Ducha Świętego.

Osobista więź z Bogiem to po prostu życie z Chrystusem, którego zapraszamy do obecności we wszystkim, co tylko czynimy. Także poprzez sakramenty.

Daleki Bóg?

9 września 2009, 06:00

Wiecie, to dziwne, jak często słyszę oskarżenie, że katolicy uczynili Boga tak dalekim od siebie, że potrzebują pośredników w postaci kapłanów i świętych, którzy by przekazywali modlitwy Bogu. Zarzut, że nasz Bóg jest nieprzystępny i dlatego bardziej czcimy Marię i częściej zwracamy się do niej, niż do Boga.

Jestem nim po prostu niewymiernie zdumiony w świetle tego, co nauczamy na temat Eucharystii. Jak bowiem można mówić, że czynimy Boga odległym od siebie, skoro nauczamy i wierzymy, że Syn Boży, obecny duchowo tam, gdzie dwóch lub trzech spotyka się w Jego imię, staje się z Ciałem, Duszą i Bóstwem obecny pod postacią chleba i wina w czasie Mszy Świętej? Nauczamy i wierzymy, że spożywamy jego Ciało i Krew, przez co przymujemy Go pod tymi postaciami do swego serca?

Bliżej Boga to już da się przebywać wyłącznie w niebie.