… czyli kolejna odsłona tematu wałkowanego od wieków.
Nie okłamujmy się. Filmów czy powieści opartych na motywie zwykłego chłopaka przekształcającego się w wielkiego wojownika było już dziesiątki: Karate Kid, Gwiezdne Wojny, Trzech Muszkieterów czy Kung Fu Panda, że wymienię tylko kilka tytułów. Uczeń Czarnoksiężnika, który niedawno wszedł na ekrany, a którego właśnie miałem przyjemność obejrzeć, jest kolejnym przyczynkiem w tej swego rodzaju niekończącej się opowieści. Przyczynkiem, który w mojej opinii, nie jest taki zły, na jaki początkowo wygląda.
Historia, jak na tego typu film przystało, nie jest zbyt skomplikowana: Główny bohater pozytywny Dave Stutler (grany przez Jay’a Baruchela), jest typową ciamajdą, mistrz Balthazar Blake (Nicolas Cage) przekształcający ciamajdę w bohatera ma własne problemy, główny bohater negatywny Horvath (Alfred Molina) posiada szefa, którego musi uwolnić, oraz ciamajdowatych pomocników. Finalna scena, jak to jest typowe dla tego typu filmów, jest w miarę spektakularna. Nic nowego, nic zbytnio odkrywczego.
Zasadniczo film nawet mi się spodobał. Twórcy, w przeciwieństwie do wielu innych produkcji o magii, podjęli próbę, nawet dość ciekawą, wyjaśnienia czym tak naprawdę jest magia. Ich podejście do problemu, trudno mi ocenić czy nowatorskie, wpasowuje się, w pewnej mierze oczywiście, w prawa fizyki i chemii. Sprawia, że magia przestaje być jakąś dziwną siłą, ale po prostu wykorzystywaniem tego, co już istnieje.
Niestety, efekcie stworzenia takiej „fizyki magii” scena, która podobno stała się „natchnieniem” do stworzenia całego filmu, stała się niesamowicie sztucznym wtrętem, który chociaż bardzo zabawny, to po zakończeniu projekcji razi swoją sztucznością na kilometr. Nie ma co owijać w bawełnę: Scena z ożywionymi zaklęciem miotłami, mopami i gąbkami, które wyrywają się spod kontroli i wpadają w szał sprzątania, przez co przerabiają pracownię Dave’a w jezioro podłączone do prądu wygląda całkowicie nierealnie. Zwłaszcza, że kilkanaście minut wcześniej inny czarodziej musiał przez cały czas kontrolować stworzonego przez siebie smoka i kierować jego poruszeniami. W efekcie, chociaż w jej trakcie zaśmiewamy się do łez, po chwili przychodzi refleksja: Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Najwyraźniej scenarzyści i reżyser, tak bardzo urzeczeni jej śmiesznością, nie potrafili zdobyć się na decyzję o jej usunięciu z gotowego filmu. Co, niestety, nie wpłynęło dobrze na finalny efekt…
Jeszcze jedna refleksja na zakończenie:
Czytając inne recenzje zauważyłem, że już standardowo jej autorzy pastwią się nad stylem gry Nicolasa Cage’a wytykając mu „zbolałą grę”. Nie mają racji. W tym filmie taka gra jest całkowicie uzasadniona zważywszy na fakt, że postać grana przez tego aktora od ponad 1200 lat szuka człowieka, który pozwoli mu na odzyskanie ukochanej. Ja nie bardzo sobie wyobrażam, aby po dwunastu wiekach oczekiwania i daremnych poszukiwań ktokolwiek tryskał optymizmem, szczęściem i doskonałym samopoczuciem… Stawiam zakład, że taki człowiek byłby właśnie tak zbolały, jak postać Balthazara Blake’a wykreowana przez Nicolasa Cage’a.
Podsumowując, to chociaż film nie jest wiekopomnym dziełem, które wejdzie do kanonu klasyki, to jeżeli ktoś szuka lekkiej rozrywki na wieczór, to według mnie ten film się do tego nadaje. Oczywiście pod warunkiem, że lubi prostą fantasy dziejącą się w realiach Nowego Yorku. Natomiast jeżeli ktoś chodzi tylko na „genialne” filmy, to powinien sobie Ucznia czarnoksiężnika odpuścić. Nie będzie potem jęczał, że stracił kasę na bilet.