Wpisy archiwalne z kategorii: Czytania

Łk 5,27-32 – potrzebny jest nam lekarz

13 marca 2011, 06:00

Łk 5,27-32

Jezus zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On zostawił wszystko, wstał i poszedł za Nim. Potem Lewi sprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: „Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?” Lecz Jezus im odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników”.

Jakże często zapominamy o tym, co Jezus powiedział do żydowskich uczonych w piśmie na zarzut, że jada z grzesznikami. Może nawet nie tyle zapominamy, co uważamy, że te słowa nie dotyczą nas samych, ale kogoś innego, żyjącego gdzieś w oddali – jakiegoś pijaka, złodzieja w więzieniu czy innego człowieka, który gdzieś tam mocno w ten czy inny sposób łamie prawa ludzkie lub Boże.

Jednakże te słowa, w rzeczywistości odnoszą się do każdego z nas. Nie jesteśmy powołani do bycia chrześcijanami dlatego, że jesteśmy wyjątkowi i bezgrzeszni, ale dlatego, że będąc grzesznikami potrzebujemy zbawienia, aby dostąpić życia wiecznego w niebie. Potrzebujemy lekarza, który nas uzdrowi i przyprowadzi do chwały nieba. Nie możemy się oszukiwać, że skoro nas ochrzczono i jesteśmy w Kościele Chrystusa, to na pewno nie mamy grzechów i już dostąpiliśmy zbawienia. Jest całkowicie inaczej: Przynależność do kręgu uczniów Pana Jezusa powinna nam uświadamiać i przypominać, że cały czas musimy nad sobą pracować i nie wolno nam popadać w samouwielbienie oraz przekonanie o własnej doskonałości. Chrystus nie uczynił nas bowiem członkami swojego ciała dlatego, że nie mamy grzechów, ale właśnie dlatego, że chce nas uleczyć.

Wszyscy bowiem cierpimy na tę samą chorobę: Jesteśmy ludźmi, którzy są niedoskonali i popełniają grzechy, a Jezus nas chce z tej „choroby” uzdrowić.

Mt 3,13-17 – godzi się wypełniać co sprawiedliwe

10 stycznia 2011, 06:00

Mt 3,13-17

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc:
„To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”  Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.

Tak jak mam w zwyczaju, tak i tym razem nie będę pisał o tym, o czym piszą lub mówią wszyscy komentujący to czytanie z Ewangelii, które było czytane w dniu wczorajszym we wszystkich kościołach w Polsce. Nie przeczę, że są one budujące, ale mnie znowu uderzył zupełnie inne słowa z tego czytania niż te, które są zazwyczaj przywoływane. Słowa, które Chrystus wypowiedział do św. Jana w odpowiedzi na jego protest:

„Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”

Napiszę jeszcze raz to, co mnie tak zastanowiło tym razem: (…) godzi się nam wypełnić wszystko co sprawiedliwe. Dopiero teraz dotarło do nie, wstyd to wielki, że to są bardzo ważne słowa, bowiem mówią wiele o tym, jak chrześcijanin powinien postępować w swoim życiu. Czy Chrystus potrzebował chrztu? Nie. Jednak przyjął go, ponieważ było to „sprawiedliwe” i godne do wypełnienia. I w naszym życiu jest też wiele takich sytuacji, w których spotykamy się z rzeczami, których nie musimy wykonywać, ale jednakże godzi się to uczynić, bo jest to rzecz sprawiedliwa, którą warto wypełnić choćby tylko z tej przyczyny, że właśnie taką jest.

A ponieważ Chrystus nakazał nam siebie naśladować, to także i w taki sposób, że te wszystko co sprawiedliwe będziemy wypełniać. Nawet wtedy, jeżeli wiemy, że nie jest to konieczne albo w danej chwili nam potrzebne.

Post i modlitwa – Łk 2,36-40

30 grudnia 2010, 15:54

Łk 2,36-40

Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą.  Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.  A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.  Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

Kiedy jest czytany ten fragment Pisma Świętego, to jak przypuszczam, niewiele osób zwraca uwagę na to, co prorokini Anna czyniła jako służbę Bogu przez całe swoje życie. Większość z nas, jak mniemam, bardziej zwraca uwagę na to, ze owa kobieta była prorokiem i rozgłaszała zgromadzonym ludziom informacje o Chrystusie.

Warto jednak czasem zatrzymać się nad tym fragmentem, w którym ewangelista przekazuje nam informację odnośnie tego, w jaki sposób prorokini Anna służyła Bogu w świątyni Jerozolimskiej:

Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą.

Ważne słowa. Wskazują nam na dwa sposoby służby Bogu, które może praktykować praktycznie każda osoba, a o których chyba nie wiele osób sobie zdaje sprawę z tego, że właśnie Bogu w ten sposób służą: Post i modlitwa. Każdy z nas bowiem zapewne jak słyszy te słowa, to bardziej kojarzy je z umartwianiem się i egzorcyzmami („Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem” – Mt 17,21), niż właśnie ze służbą Bogu. A szkoda, bowiem może wtedy inaczej byśmy podchodzili do kwestii piątkowego postu: Zamiast widzieć w nim wyłącznie obowiązek zaczęli byśmy patrzeć na niego jako na jeszcze jeden sposób służenia Bogu. Tak samo pacierz czy modlitwa w czasie Mszy Świętej stała by się nie tylko rozmową z Bogiem…

Pomyślcie nad tym i służcie Bogu postem i modlitwą.

Łk 18,35-43 – nie daj się zagłuszyć

15 listopada 2010, 06:00

Łk 18,35-43

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie.
A gdy się zbliżył, zapytał go: „Co chcesz, abym ci uczynił?”  Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Powyższy fragment Ewangelii zawierający opis kolejnego cudu dokonanego przez Pana Jezusa podczas jego działalności na ziemi jest zasadniczo pokazaniem mocy wypływającej z wiary człowieka. Chrystus bowiem, chociaż uzdrawia człowieka swoją mocą, wskazuje na wiarę uzdrowionego jako źródło uzdrowienia…

Tak przeważnie zaczynają się wszelkie interpretacje tego opisu. Może nie dokładnie takimi słowami, ale sens jest zachowany. Ja zaś chciałbym zwrócić waszą uwagę na inny ważny aspekt tego uzdrowienia, który czasem gubi się przy rozmyślaniu na jego temat. Chrystus powiedział: „Twa wiara cię uzdrowiła” i to nie podlega negacji. Warto jednak popatrzeć na tą wiarę dokładniej.

Można powiedzieć, że była ona niezachwiana, ufna i szczera, bo taką ją widzimy. Przede wszystkim jednak trzeba powiedzieć, że ta wiara nie dała się zagłuszyć przez ludzi, którzy stali obok. Ślepiec, kiedy dowiedział się, że Chrystus  właśnie koło niego przechodzi, zaczął głośno wołać i prosić go o ulitowanie się nad nim. Jednakże, kiedy ludzie stojący obok próbowali go uciszyć i sprawić, aby zamilkł, ten człowiek się nie poddał, ale tym głośniej i żarliwiej krzyczał do Pana Jezusa.  Nie poddał się presji i nie pozwolił na to, aby zamknięto mu usta.

Wiara tak silna, że nie pozwalająca się uciszyć człowiekowi, który ma jakąś „sprawę do Boga”, kiedy inni ludzie na niego nastają i chcą, aby zamilkł. Wiara, która każe głośno wołać i nagabywać się Bogu. Wiara, której chyba jednak nam często brakuje…

Bo czy nie tkwi gdzieś głęboko w nas przekonanie, że Bogu nie można się naprzykrzać? Czy nie dajemy się przekonać innym, że są sprawy, w których nie powinniśmy przychodzić do Boga?

Łk 18,1-8 – wiara i upór

18 października 2010, 11:41

Łk 18,1-8

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: „W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: »Obroń mnie przed moim przeciwnikiem«. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: »Chociaż Boga się nie boję ani się z ludźmi nie liczę, to jednak ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie«”.
I Pan dodał: „Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?
Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.

To jest wczorajsze czytanie, ale zawiera przesłanie, nad którym warto pochylać się codziennie: Wytrwałość w modlitwie.

Zdarzyło wam się prosić o coś, czego Bóg nie spełnił? Stawiam zakład, że wielokrotnie. Czy jednakże zastanawialiście się nad tym, dlaczego Bóg nie spełnił waszej modlitwy? Przypuszczam, że niewielu z pośród was się nad tym zastanawiało. Ilu z was po kilkukrotnym powtórzeniu modlitwy uznało, ze Bóg ma „coś przeciwko” i dlatego nie spełnił tych próśb? Pewnie większość. Co zaważyło nad tym, że Bóg nie spełnił naszych modlitw? Odpowiedź zaś jest nam między innymi podana w tym fragmencie na przykładzie tejże wdowy.

Popatrzmy na tę kobietę:

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy w jej zachowaniu, to upór w ponawianiu próśb do sędziego, aby wziął ją w obronę i zajął się jej sprawą. Uparte i ciągłe przychodzenie do tego człowieka ze swoją potrzebą sprawiło, że się ugiął i podjął obrony tej wdowy.

Drugą, równie istotną rzeczą, która zaważyła na ciągłym ponawianiu próśb i ostatecznym sukcesie, była niezachwiana wiara, że ten oto sędzia jest w stanie jej pomóc i na pewno spełni jej prośbę. Bez tej wiary wdowa poddała by się po kilku próbach.

Wiara plus nieustanne wołanie do Boga – dwa nieodzowne składniki, wymienione zresztą przez Chrystusa w podsumowaniu do przypowieści, które są konieczne do tego, aby Bóg spełnił nasze prośby.

Pomyślcie teraz ile z waszych modlitw jest kierowane do Boga z jednoczesnym spełnieniem ich obu? Jak często zdarza się wam wszystkim, że prosicie o coś Boga z wiarą, ale przerywacie kierowanie tej prośby po kilku próbach, kiedy nie ma z Jego strony wyraźnego odzewu i spełnienia próśb? Ile razy nachodzicie Boga ze swoimi prośbami, ale brakuje wam wiary, że Bóg w swej miłości do was je spełni?

Nie wiem jak jest u was, ale ja, do czego muszę się przyznać, mam z tym spore problemy.

Łk 11,9–13

25 lipca 2010, 16:04

„Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.”

Czytanie z dnia dzisiejszej niedzieli  jest dobrą odpowiedzią na kwestię „grzesznych księży”, która według niektórych osób jest dowodem na to, że niemożliwym jest to, aby prezbiter na ten przykład mógł odpuszczać grzechy, czy miał władzę sprawowania Eucharystii. Tym osobom sugeruję uważne przeczytanie tego fragmentu…

Dla innych wyjaśnię od ręki: Chrystus poucza nas w tym miejscu, że mamy prosić aby otrzymać. Nie warunkuje, wbrew tezom niektórych osób, otrzymania tego, o co prosimy, od bezgrzeszności. Stwierdza jednoznacznie, że „każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje”, a nie „każdy, kto jest bez grzechu, kto prosi, otrzymuje”. Kimże więc my jesteśmy, aby negować słowa Zbawiciela i warunkować otrzymanie tego, o co prosimy, poziomem i ilością grzechów na sumieniu?  

Mt 5,43-48

15 czerwca 2010, 06:00

Jedno zdanie z tego czytania:

Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak, będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie;

W mojej opinii, jest to najbardziej sprzeczny z ludzkimi przekonaniami fragment wymagań, które Chrystus przekazał nam do wypełniania.

Miłujcie waszych nieprzyjaciół.

Wszystko aż woła w człowieku, że to nie jest słuszne. Skoro bowiem ktoś jest moim nieprzyjacielem i chce dla mnie tego, co najgorsze, to dlaczego ja mam za to odpłacać miłością? Dlaczego mam kochać tego człowieka, który nie chce dla mnie niczego dobrego? Przecież to nie jest normalne.

Jednakże… Ta miłość, miłość do człowieka, który jest naszym wrogiem, jest uczeniem nas miłości najdoskonalszej ze wszystkich. Miłości, która nie mówi „kocham Cię za to, że…”, „kocham Cię, ponieważ…” itd. Jest to wymaganie nauczenia się miłości „pomimo”: Kocham Cię, pomimo tego, że jesteś moim wrogiem.

Uczmy się tej miłości.

Jl 2,12-18

17 lutego 2010, 11:34

Tak mówi Pan:
„Nawróćcie się do mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego! On bowiem jest łaskawy, miłosierny, nieskory do gniewu i wielki w łaskawości, a lituje się na widok niedoli. Któż wie, czy się nie zastanowi, czy się nie zlituje i pozostawi po sobie błogosławieństwo plonów na ofiarę z pokarmów i ofiarę płynną dla Pana, Boga waszego. Dmijcie w róg na Syjonie, zarządźcie święty post, ogłoście zgromadzenie. Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność, zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci i ssących piersi; niech wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty, a oblubienica ze swego pokoju.
Między przedsionkiem a ołtarzem niechaj płaczą kapłani, słudzy Pana! Niech mówią: «Przepuść, Panie, ludowi Twojemu i nie daj dziedzictwa swego na pohańbienie, aby poganie nie zapanowali nad nami. Czemuż mówić mają między narodami: Gdzież jest ich Bóg?»„ Pan zapalił się zazdrosną miłością ku swojej ziemi, i Zmiłował się nad swoim ludem.

To nie jest smutny fragment. To nie jest też fragment, który powinien nas przerażać swoimi wymaganiami. Owszem, jest wezwaniem do nawrócenia, postu i lamentu, ale nie orzeka postępienia tylko daje ogromną nadzieję dla człowieka. Bóg bowiem nie mówi tutaj, że chce nas potępić i skazać na wieczną mękę w piekle. Jahwe wskazuje na swoje miłsierdzie i litość dla grzesznika, którego chce nawrócić na drogę prawego życia.

Dlatego, chociaż grzeszymy i upadamy, ilekroć będziemy szczerze żałować za swoje grzechy, tylekroć On nam je wybaczy. Nie musimy patrzeć na Boga z przerażeniem, ale powinniśmy spoglądać z nadzieją i zaufaniem, ze On chce naszego zbawienia.