Wpisy archiwalne z kategorii: Czytania

Łk 21,1-4

20 listopada 2011, 06:00

Łk 21,1-4

Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki.
I rzekł: „Prawdziwie powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało; ta zaś z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała na utrzymanie”.

Łatwo jest dawać z tego, co się posiada w nadmiarze. Nie ma problemu, żeby podzielić się rzeczami czy dać ofiarę, kiedy ma się 10 tys złotych pensji. Kiedy bowiem ktoś z daje 50 złotych z pensji wynoszącej np. 10 000 zł, to jakie to jest dla niego wyrzeczenie? Gdy natomiast osoba mająca 500 zł oddaje na ofiarę 50 , to ma już poważny uszczerbek w budżecie.

I ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinna tego robić, bo przecież nie ma pieniędzy. Jednakże… Czy Chrystus powiedział o tej wdowie, która wrzuciła te dwie monety, że powinna była zachować je dla siebie wydać na utrzymanie? Czy potępił kapłanów, którzy wystawili skarbonę na ofiary dla Świątyni?

Nie uczynił tego

Dlatego tez i my, zamiast pomstować na Kościół, że utrzymuje kapłanów czy kościoły z ofiar wiernych, zastanówmy się raczej nad tym, jak świadczy o ludziach, którzy dają te ofiary, że zdobywają się na te wyrzeczenia. Pomyślcie, czy przyjęcie takiej ofiary jest hańbą dla Kościoła, czy chlubą dla ofiarującego i jego wolą, której Kościół nie może odmawiać.

1 Tes 5,1–6

13 listopada 2011, 06:00

1 Tes 5,1–6

Nie potrzeba wam, bracia, pisać o czasach i chwilach. Sami bowiem dokładnie wiecie, że dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy.
Kiedy bowiem będą mówić: „Pokój i bezpieczeństwo”, tak niespodziana przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą. Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteście synami nocy ani ciemności.
Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi.

Powyższy fragment, to drugie czytanie z dzisiejszej niedzieli.  Czytanie, którego wymowy nie trzeba tłumaczyć, bo widać ją jak na dłoni. Fragment nauczania św. Pawła, który za każdym razem jak do niego zaglądam przejmuje mnie dreszczem: Chrystus może powrócić w każdym momencie. Może za sto lat, a może za 10 sekund? Nikt tego nie wie, dlatego Apostoł wzywa nas to do tego aby czuwać. Nie spać i każdej chwili, w każdej sekundzie naszego życia być gotowymi na przyjście Pana, który przyjdzie „jak złodziej w nocy” w momencie, którego się nikt nie spodziewa.

To dla nas ważne, aby być przygotowanym, bo gdy Zbawiciel powróci, to już nie będzie czasu na nawrócenie, na zmianę życia. Pozostanie tylko Sąd Ostateczny i wieczność tam w niebie albo w piekle. Do piekła zaś chyba nikt z nas się nie wybiera…

 

1 Tes 4,13–18

6 listopada 2011, 10:44

1 Tes 4,13–18

Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei. Jeśli bowiem wierzymy, że Jezus istotnie umarł i zmartwychwstał, to również tych, którzy umarli w Jezusie, Bóg wyprowadzi wraz z Nim. To bowiem głosimy wam jako słowo Pańskie, że my, żywi, pozostawieni na przyjście Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy pomarli.

Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem. Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami.

Lubię ten fragment 1 listu do Tesaloniczan. Jest on jednym z tych, które umacniają i podnoszą na duchu ludzi cierpiących z powodu utraty bliskich osób.

Św. Paweł, troszcząc się o chrześcijan, którzy stracili kogoś z rodziny, przekazuje pocieszenie w postaci zapowiedzi, że rozstanie wynikające ze śmierci człowieka jest jedynie stanem tymczasowym. Głosi ważną część Ewangelii: „zmarli w Chrystusie powstaną” kiedy Zbawiciel powróci na ziemię, a potem razem z nimi będziemy zabrani do nieba. Apostoł nie pisze tego jako przypuszczenia lub nadziei, ale podaje to jako pewnik, którym mamy pocieszać się w chwilach żałoby.

To są olbrzymie słowa otuchy i pocieszenia, które powinniśmy jak najczęściej sobie przypominać, gdy nachodzi nas moment rozpaczy po utracie bliskich: Śmierć nie jest końcem. Jest po prostu przejściem w inny stan oczekiwania na powrót Chrystusa i zmartwychwstanie ciał.

Mt 10,7-13

11 czerwca 2011, 12:13

Jezus powiedział do swoich Apostołów:
„Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski. Wart jest bowiem robotnik swej strawy.
A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie.
Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was”.

To jest czytanie przewidziane na dzisiaj, ale, w przeciwieństwie do poprzednich wpisów w tym cyklu, nie będę tworzył rozważania na temat tego, jaka nauka jest w nim zawarta dla nas. Po prostu kiedy go przeczytałem, to zrorientowałem się, że jego fragment jest wykorzystywany jako „argument” przeciwko temu, że księża katoliccy utrzymują się ze sprawowanej posługi. Tymczasem, kiedy się mu dokładnie przyjżeć, to on wcale nie ma takiej wymowy. Owszem, jest tam zapis, że darmo należy dawać to, co się od Boga otrzymało, ale nie ma w nim zakazu, aby przyjmować od ludzi ofiary za sprawowaną posługę.

Ba! Jak każdy może się przekonać, jest tam zapis, że można taką ofiarę przyjąć:

Wart jest bowiem robotnik swej strawy.

Praca, którą wykonuje prezbiter, misjonarz czy inna osoba sprawująca posługę w Kościele, zasługuje na zapłatę.

 

 

Łk 5,27-32 – potrzebny jest nam lekarz

13 marca 2011, 06:00

Łk 5,27-32

Jezus zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On zostawił wszystko, wstał i poszedł za Nim. Potem Lewi sprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: „Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?” Lecz Jezus im odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników”.

Jakże często zapominamy o tym, co Jezus powiedział do żydowskich uczonych w piśmie na zarzut, że jada z grzesznikami. Może nawet nie tyle zapominamy, co uważamy, że te słowa nie dotyczą nas samych, ale kogoś innego, żyjącego gdzieś w oddali – jakiegoś pijaka, złodzieja w więzieniu czy innego człowieka, który gdzieś tam mocno w ten czy inny sposób łamie prawa ludzkie lub Boże.

Jednakże te słowa, w rzeczywistości odnoszą się do każdego z nas. Nie jesteśmy powołani do bycia chrześcijanami dlatego, że jesteśmy wyjątkowi i bezgrzeszni, ale dlatego, że będąc grzesznikami potrzebujemy zbawienia, aby dostąpić życia wiecznego w niebie. Potrzebujemy lekarza, który nas uzdrowi i przyprowadzi do chwały nieba. Nie możemy się oszukiwać, że skoro nas ochrzczono i jesteśmy w Kościele Chrystusa, to na pewno nie mamy grzechów i już dostąpiliśmy zbawienia. Jest całkowicie inaczej: Przynależność do kręgu uczniów Pana Jezusa powinna nam uświadamiać i przypominać, że cały czas musimy nad sobą pracować i nie wolno nam popadać w samouwielbienie oraz przekonanie o własnej doskonałości. Chrystus nie uczynił nas bowiem członkami swojego ciała dlatego, że nie mamy grzechów, ale właśnie dlatego, że chce nas uleczyć.

Wszyscy bowiem cierpimy na tę samą chorobę: Jesteśmy ludźmi, którzy są niedoskonali i popełniają grzechy, a Jezus nas chce z tej „choroby” uzdrowić.

Mt 3,13-17 – godzi się wypełniać co sprawiedliwe

10 stycznia 2011, 06:00

Mt 3,13-17

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc:
„To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”  Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.

Tak jak mam w zwyczaju, tak i tym razem nie będę pisał o tym, o czym piszą lub mówią wszyscy komentujący to czytanie z Ewangelii, które było czytane w dniu wczorajszym we wszystkich kościołach w Polsce. Nie przeczę, że są one budujące, ale mnie znowu uderzył zupełnie inne słowa z tego czytania niż te, które są zazwyczaj przywoływane. Słowa, które Chrystus wypowiedział do św. Jana w odpowiedzi na jego protest:

„Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”

Napiszę jeszcze raz to, co mnie tak zastanowiło tym razem: (…) godzi się nam wypełnić wszystko co sprawiedliwe. Dopiero teraz dotarło do nie, wstyd to wielki, że to są bardzo ważne słowa, bowiem mówią wiele o tym, jak chrześcijanin powinien postępować w swoim życiu. Czy Chrystus potrzebował chrztu? Nie. Jednak przyjął go, ponieważ było to „sprawiedliwe” i godne do wypełnienia. I w naszym życiu jest też wiele takich sytuacji, w których spotykamy się z rzeczami, których nie musimy wykonywać, ale jednakże godzi się to uczynić, bo jest to rzecz sprawiedliwa, którą warto wypełnić choćby tylko z tej przyczyny, że właśnie taką jest.

A ponieważ Chrystus nakazał nam siebie naśladować, to także i w taki sposób, że te wszystko co sprawiedliwe będziemy wypełniać. Nawet wtedy, jeżeli wiemy, że nie jest to konieczne albo w danej chwili nam potrzebne.

Post i modlitwa – Łk 2,36-40

30 grudnia 2010, 15:54

Łk 2,36-40

Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą.  Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.  A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.  Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

Kiedy jest czytany ten fragment Pisma Świętego, to jak przypuszczam, niewiele osób zwraca uwagę na to, co prorokini Anna czyniła jako służbę Bogu przez całe swoje życie. Większość z nas, jak mniemam, bardziej zwraca uwagę na to, ze owa kobieta była prorokiem i rozgłaszała zgromadzonym ludziom informacje o Chrystusie.

Warto jednak czasem zatrzymać się nad tym fragmentem, w którym ewangelista przekazuje nam informację odnośnie tego, w jaki sposób prorokini Anna służyła Bogu w świątyni Jerozolimskiej:

Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą.

Ważne słowa. Wskazują nam na dwa sposoby służby Bogu, które może praktykować praktycznie każda osoba, a o których chyba nie wiele osób sobie zdaje sprawę z tego, że właśnie Bogu w ten sposób służą: Post i modlitwa. Każdy z nas bowiem zapewne jak słyszy te słowa, to bardziej kojarzy je z umartwianiem się i egzorcyzmami („Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem” – Mt 17,21), niż właśnie ze służbą Bogu. A szkoda, bowiem może wtedy inaczej byśmy podchodzili do kwestii piątkowego postu: Zamiast widzieć w nim wyłącznie obowiązek zaczęli byśmy patrzeć na niego jako na jeszcze jeden sposób służenia Bogu. Tak samo pacierz czy modlitwa w czasie Mszy Świętej stała by się nie tylko rozmową z Bogiem…

Pomyślcie nad tym i służcie Bogu postem i modlitwą.

Łk 18,35-43 – nie daj się zagłuszyć

15 listopada 2010, 06:00

Łk 18,35-43

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie.
A gdy się zbliżył, zapytał go: „Co chcesz, abym ci uczynił?”  Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Powyższy fragment Ewangelii zawierający opis kolejnego cudu dokonanego przez Pana Jezusa podczas jego działalności na ziemi jest zasadniczo pokazaniem mocy wypływającej z wiary człowieka. Chrystus bowiem, chociaż uzdrawia człowieka swoją mocą, wskazuje na wiarę uzdrowionego jako źródło uzdrowienia…

Tak przeważnie zaczynają się wszelkie interpretacje tego opisu. Może nie dokładnie takimi słowami, ale sens jest zachowany. Ja zaś chciałbym zwrócić waszą uwagę na inny ważny aspekt tego uzdrowienia, który czasem gubi się przy rozmyślaniu na jego temat. Chrystus powiedział: „Twa wiara cię uzdrowiła” i to nie podlega negacji. Warto jednak popatrzeć na tą wiarę dokładniej.

Można powiedzieć, że była ona niezachwiana, ufna i szczera, bo taką ją widzimy. Przede wszystkim jednak trzeba powiedzieć, że ta wiara nie dała się zagłuszyć przez ludzi, którzy stali obok. Ślepiec, kiedy dowiedział się, że Chrystus  właśnie koło niego przechodzi, zaczął głośno wołać i prosić go o ulitowanie się nad nim. Jednakże, kiedy ludzie stojący obok próbowali go uciszyć i sprawić, aby zamilkł, ten człowiek się nie poddał, ale tym głośniej i żarliwiej krzyczał do Pana Jezusa.  Nie poddał się presji i nie pozwolił na to, aby zamknięto mu usta.

Wiara tak silna, że nie pozwalająca się uciszyć człowiekowi, który ma jakąś „sprawę do Boga”, kiedy inni ludzie na niego nastają i chcą, aby zamilkł. Wiara, która każe głośno wołać i nagabywać się Bogu. Wiara, której chyba jednak nam często brakuje…

Bo czy nie tkwi gdzieś głęboko w nas przekonanie, że Bogu nie można się naprzykrzać? Czy nie dajemy się przekonać innym, że są sprawy, w których nie powinniśmy przychodzić do Boga?