Wpisy archiwalne z kategorii: Filmy

Happy end

10 listopada 2009, 13:05

Plaga dzisiejszych produkcji filmowych, od której nie można się uwolnić, to szczęśliwe zakończenia. Nie ważne o czym jest film, ważne aby tylko zakończył się happy endem.

Oglądając kolejne filmy czy seriale, zaczynam marzyć o powrocie czasów, kiedy idąc do kina nie dało się przewidzieć, w jaki sposób zakończy się oglądane dzieło. Do ostatniej sekundy widz nie miał pojęcia, czy para się zejdzie, czy bitwa zakończy się wygraną, czy… Po prostu nie istniało przekonanie producenta, że jedyne możliwe zakończenie, to szczęśliwe.

Takie, trochę smutne, refleksje wywołało u mnie obejrzenie dwóch obrazów. Jednego w kinie, a drugiego w telewizji. Pierwszym była produkcja z 1953 roku pt. „Rzymskie wakacje”, natomiast drugą kolejny odcinek serialu „Ojciec Mateusz”. Dwie produkcje i całkowicie odmienne wrażenia. Kiedy oglądałem „Rzymskie wakacje”, to nie miałem wątpliwości, że zakończenie zawarte w tym filmie jest absolutnie poprawne i zgodne z logiką. Brak happy endu nie razi i jest doskonale wpasowany w fabułę. Natomiast oglądając kolejny odcinek „Ojca…” zamarzyło mi się, żeby scenarzyści chociaż raz pokazali, że tytułowy bohater nie jest doskonałą osobą i popełnia błędy. Aby w chociaż jednej części serialu okazało się, że to policja poprawnie rozwiązała sprawę, natomiast ksiądz Mateusz źle wnioskował i wskazał niewłaściwą osobę.

Nieosiągalne marzenie. A. C. Doyle, który stworzył Sherlocka Holmesa, pozwolił swojemu bohaterowi na przeprowadzenie kilku spraw, w których detektyw popełnił błędy albo wręcz nie zdołał rozwiązać powierzonej mu sprawy. Scenarzyści dzisiejszych kryminałów tworzą swoje postacie jako doskonałe. Popełnienie przez nie błędu jest niemożliwe.

Szkoda.

Ojciec Mateusz

7 września 2009, 06:00

Yarpen:

Od dnia, w którym zakończono emisję pierwszego sezonu tego serialu z niecierpliwością czekałem na ciąg dalszy. Po prostu, jak niewiele polskich seriali, ten zdołał mnie wciągnąć nietuzinkowymi fabułami kolejnych odcinków, gdzie, jak w prozie Artura Conan Doyla, do samego końca nie było wiadomo kto „zabił”.

Niestety, tak długo wyczekiwany nowy sezon, którego emisja rozpoczęto w dniu wczorajszym, bardzo mocno rozczarowała mnie pierwszym odcinkiem. W przeciwieństwie do poprzednich 13 części, w tym przypadku byłem w stanie praktycznie od początku określić kto i dlaczego dopuścił się przestępstwa. Nie było w nim żadnej tajemnicy, żadnej zagadki.

Goryczy przewidywalności nie osłodziły nawet elementy komediowe związane z nową pracą gospodyni ks. Mateusza. Chociaż Kinga Preiss usiłuje wydusić co tylko możliwe ze scenariusza, to jednak cały wątek jest nieprzekonywujący. Nie ma bowiem żadnego wyjaśnienia, żadnej najmniejszej informacji, która tłumaczyła by to, dlaczego Natalia nagle postanowiła zabrać się za akwizytorstwo.

Extraterranka:

W poprzednich odcinkach bardzo mocno podkreślane było, że popełniane przestępstwo bierze się z autentycznego ludzkiego dramatu i powoduje dramat kolejny.  A wczoraj? Temat wydumany i nadęty, brak przekonywującego aktorstwa. Na dodatek drętwe dialogi, dziwny montaż i brak drugiego pionu akcji w postaci wydarzeń na plebanii,  miejscowa policja w roli „tajniaków”, przydługie i telenowelowe zakończenie…

Jedynym miłym akcentem była postać grana przez Kurowską – przerażona, złamana życiem (ale po co ta retrospekcja dialogów, przecież to nie „Moda na sukces”!).  

Podsumowując: aż chce się powiedzieć ” Co to w ogóle za szajs”!

Boję się,  co będzie za tydzień.