Wpisy archiwalne z kategorii: Filmy

Tytuły i tłumacze

19 listopada 2011, 07:00

Zastanawiam się, czemu polscy tłumacze mają paskudną manierę „poprawiania” tytułów filmów. Do klasyki przeszedł już tytuł „Wirujący seks” zamiast  „Dirty dancing”,

Przykłady można mnożyć bez końca:  „Uwierz w ducha”„Ghost”, „Elektroniczny morderca”„Terminator”, „Sezon na misia”„Open Season”, „Prosto w serce”„Music and Lyrics”, „Obłędny rycerz”„A Knight’s Tale”, „Lemur zwany Rollo”„Fierce Creatures”, „Przypadek Harolda Cricka”„Stranger Than Fiction”, itd., itp…

Nie mniej irytujące są też dziwne dopiski do tytułów, jak np.: „Oskar, czyli 60 kłopotów na minutꔄOscar”,  czy też najnowszy przykład: „Tower Heist: Zemsta cieciów”„Tower Heist”.

Czy te tytuły wymagały takiego „poprawiania”? Nie sądzę. Autor nadając tytuł ma jakiś określony zamysł i zmienianie go na siłę może zupełnie zmienić odbiór filmu. Inną kwestią są też tytuły nieprzetłumaczalne albo takie, które po dosłownym tłumaczeniu brzmią idiotycznie, jak wspomniany „Terminator”, i tutaj zostawienie oryginalnego tytułu jest jak najbardziej na miejscu, np.: „Holiday”.

Mój osobisty apel do tłumaczy: mniej własnej inwencji, więcej wierności oryginałowi!

K2

9 stycznia 2011, 06:00

Lubię ten film. Mam do niego spory sentyment, który pozostał mi jeszcze z czasów nastoletniości, kiedy to młodsze klasy w szkole średniej, w której wtedy byłem, wysyłano na czas matur do kina i trafiłem właśnie tę produkcję.

Wydawać by się mogło, że to przede wszystkim opowieść o zdobywaniu drugiej co do wysokości góry na Ziemi, ale nie dla mnie. Ja zawszę widzę w niej historię wyzwania rzuconemu przyjaźni dwóch ludzi, którzy mieli przeciwstawne charaktery. Ludzi, którzy stając pod górą o mały włos nie zniszczyli tego wszystkiego, co ich łączyło do tej pory. I tak jak podzieliło ich pragnienie zdobycia szczytu, tak samo ten szczyt doprowadził do tego, że ten z dwóch osób, który postanowił wypiąć się na przyjaciela, zrozumiał, że to jednak przyjaźń jest najważniejsza. Tak ważna, że zaryzykował życie aby wrócić się po kolegę, którego wcześniej musiał zostawić na szlaku.

Taka decyzja wymaga nie tylko wielkiej odwagi i poświęcenia, ale przede wszystkim ogromnej miłości do drugiego człowieka. Miłości, która każe poświęcić własne zdrowie, a czasem nawet życie dla drugiej osoby. Miłości, na którą niewiele osób, niestety, jest tak naprawdę stać. Miłości, która dzisiaj jest wyśmiewana i traktowana jako niepotrzebna, bowiem „ja” i „moje” są promowane w naszym świecie jako rzeczy najważniejsze, a inni ludzie traktowani jako podmioty służące do ich zaspokajania.

Polecam ten film gorąco wszystkim, którzy chcą zrozumieć czym jest i do czego skłania człowieka miłość do drugiej osoby.

Historia złodziejska

8 września 2010, 18:49

O dwóch takich… Wróć!

Jak ukraść księżyc – przyznam, że na tę animację szedłem z duszą na ramieniu. Zwiastuny, jakkolwiek fajne, nastrajały mnie umiarkowanym optymizmem jeżeli chodzi o warstwę fabularną filmu. Ile bowiem razy można wałkować temat przestępcy, do którego trafia pod opiekę jakieś dziecko? Jak się okazało można wiele razy i z kina wyszedłem usatysfakcjonowany i bez poczucia straty pieniędzy wydanych na bilety.

Nie będę opowiadał wam przebiegu akcji, bowiem uważam, że każdy powinien samodzielnie przekonać się o tym, co się dzieje w trakcie filmu. Jedyne, co mogę przekazać to ta informacja, że do pewnego złodzieja trafią nagle trzy bardzo małe dziewczynki i wywołają swoiste trzęsienie ziemi. Jakie? Każdy powinien przekonać się samodzielnie. Ja zaś przejdę w tym czasie do zupełnie innych kwestii…

Dialogi:

Dowcipne, lekkie i przyjemne. Bardzo dobrze dostosowane w polskiej wersji do ruchu warg postaci. Szczególnie przyjemnie ogląda się scene czytania pewnej książeczki, gdzie to co postać mówi jest szczególnie istotna dla toczącej się akcji.

Postacie:

Śmieszą, wzruszają lub irytują zależnie od tego, na kogo się patrzy, zgodnie, jak mniemam, z planami autorów. Osobiście największą sympatią darzę średnią z dziewczynek za jej podejście do świata.

Świat:

Niestety, w tym przypadku istnieje spory babol, który mnie zirytował po wyjściu z kina: W świecie przedstawionym w filmie nie istnieje policja, a przynajmniej jej działalność jest całkowicie niezauważalna. Przez cały okres projekcji nie zobaczyłem tam ani jednego policjanta, co, zważywszy na rozmiary (dosłownie) przestępczości jest co najmniej dziwne. Jednakże, jeżeli popatrzeć na całą fabułę, to obecność policji mocno skomplikowała by działania bohaterów pozytywnych i negatywnych.

Grafika:

Film został zrobiony w konwencji karykatury, przez co nie można spodziewać się proporcjonalnych postaci, budynków i pomieszczeń. Jednakże, jak by nie patrzeć, animacje są bardzo ładne i efektowne.

Scenariusz:

Opowieść jest nieco przewidywalna, ale potrafi wciągnąć.

Ogólnie rzecz biorąc polecam film każdemu, kto szuka odrobiny lekkiej, przyjemnej rozrywki na wieczór. Ja bawiłem się całkiem nieźle.

Od zera do bohatera…

8 sierpnia 2010, 19:16

… czyli kolejna odsłona tematu wałkowanego od wieków.

Nie okłamujmy się. Filmów czy powieści opartych na motywie zwykłego chłopaka przekształcającego się w wielkiego wojownika było już dziesiątki: Karate Kid, Gwiezdne Wojny, Trzech Muszkieterów czy Kung Fu Panda, że wymienię tylko kilka tytułów. Uczeń Czarnoksiężnika, który niedawno wszedł na ekrany, a którego właśnie miałem przyjemność obejrzeć, jest kolejnym przyczynkiem w tej swego rodzaju niekończącej się opowieści. Przyczynkiem, który w mojej opinii, nie jest taki zły, na jaki początkowo wygląda.

Historia, jak na tego typu film przystało, nie jest zbyt skomplikowana: Główny bohater pozytywny Dave Stutler (grany przez Jay’a Baruchela), jest typową ciamajdą, mistrz Balthazar Blake (Nicolas Cage) przekształcający ciamajdę w bohatera ma własne problemy, główny bohater negatywny Horvath (Alfred Molina) posiada szefa, którego musi uwolnić, oraz ciamajdowatych pomocników. Finalna scena, jak to jest typowe dla tego typu filmów, jest w miarę spektakularna. Nic nowego, nic zbytnio odkrywczego.

Zasadniczo film nawet mi się spodobał. Twórcy, w przeciwieństwie do wielu innych produkcji o magii, podjęli próbę, nawet dość ciekawą, wyjaśnienia czym tak naprawdę jest magia. Ich podejście do problemu, trudno mi ocenić czy nowatorskie, wpasowuje się, w pewnej mierze oczywiście, w prawa fizyki i chemii. Sprawia, że magia przestaje być jakąś dziwną siłą, ale po prostu wykorzystywaniem tego, co już istnieje.

Niestety,  efekcie stworzenia takiej „fizyki magii” scena, która podobno stała się „natchnieniem” do stworzenia całego filmu, stała się niesamowicie sztucznym wtrętem, który chociaż bardzo zabawny, to po zakończeniu projekcji razi swoją sztucznością na kilometr. Nie ma co owijać w bawełnę: Scena z ożywionymi zaklęciem miotłami, mopami i gąbkami, które wyrywają się spod kontroli i wpadają w szał sprzątania, przez co  przerabiają pracownię Dave’a w jezioro podłączone do prądu wygląda całkowicie nierealnie. Zwłaszcza, że kilkanaście minut wcześniej inny czarodziej musiał przez cały czas kontrolować stworzonego przez siebie smoka i kierować jego poruszeniami. W efekcie, chociaż w jej trakcie zaśmiewamy się do łez, po chwili przychodzi refleksja: Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Najwyraźniej scenarzyści i reżyser, tak bardzo urzeczeni jej śmiesznością, nie potrafili zdobyć się na decyzję o jej usunięciu z gotowego filmu. Co, niestety, nie wpłynęło dobrze na finalny efekt…

Jeszcze jedna refleksja na zakończenie:

Czytając inne recenzje zauważyłem, że już standardowo jej autorzy pastwią się nad stylem gry Nicolasa Cage’a wytykając mu „zbolałą grę”. Nie mają racji. W tym filmie taka gra jest całkowicie uzasadniona zważywszy na fakt, że postać grana przez tego aktora od ponad 1200 lat szuka człowieka, który pozwoli mu na odzyskanie ukochanej. Ja nie bardzo sobie wyobrażam, aby po dwunastu wiekach oczekiwania i daremnych poszukiwań ktokolwiek tryskał optymizmem, szczęściem i doskonałym samopoczuciem… Stawiam zakład, że taki człowiek byłby właśnie tak zbolały, jak postać Balthazara Blake’a wykreowana przez Nicolasa Cage’a.

Podsumowując, to chociaż film nie jest wiekopomnym dziełem, które wejdzie do kanonu klasyki, to jeżeli ktoś szuka lekkiej rozrywki na wieczór, to według mnie ten film się do tego nadaje. Oczywiście pod warunkiem, że lubi prostą fantasy dziejącą się w realiach Nowego Yorku. Natomiast jeżeli ktoś chodzi tylko na „genialne” filmy, to powinien sobie Ucznia czarnoksiężnika odpuścić. Nie będzie potem jęczał, że stracił kasę na bilet.

Avatar

18 lipca 2010, 20:47

Po bardzo długim czasie, licząc  o chwili premiery, obejrzałem wreszcie ten film. I wiecie… Nie rozumiem nad czym tak pieje z zachwytu większość osób kiedy piszą o przełomowym dziele J. Camerona. Możliwe, że jest przełomowe pod względem zastosowanych animacji, ale… Jedynie w kwestii szczegółowości, albowiem równie piękne krajobrazy wyczarowywano w filmach już wiele razy. Reszta filmu to jedna wielka zrzynka i powtarzanie ogranych motywów w takiej ilości, że potrafiłem z mniejszą lub większą dokładnością przewidzieć co za chwilę wydarzy się na ekranie.

Zarzut nr 1: Obcy

Kosmici o nazwie Na’vi przedstawieni na ekranie, poza wzrostem, kształtem nosa (jakiś taki podobny nozdrzy kotów), kolorem skóry, 4 palcami i „łączem” w warkoczu niczym nie różnią się od ludzi. Zachowanie, obyczaje, język – gdyby ich pozbawić wymienionych cech i umieścić w Ameryce Północnej to każdy wziąłby ich za jakieś indiańskie plemię. Iluzję potęgowała by zwłaszcza skierowana do zabijanych zwierząt prośba o przebaczenie za zadaną im śmierć.

Zarzut nr 2: Fabuła

Schemat ograny do cna: Niechętny żołnierz trafia do odległej placówki, gdzie dostaje zadanie zmieszania się z obecnym tam ludem, niechętnym dla działań podejmowanych przez ludzi z tej placówki. W trakcie swej misji główny bohater przekonuje się, że sprawa wygląda inaczej, niż mu ją malowano, zakochuje się w dziewczynie z infiltrowanego ludu, a następnie wstępnie przechodzi na ich stronę. Na skutek wyjścia na jaw, z jaką misją był posłany, zostaje odtrącony przez lud, do którego musi wrócić w jakiś bardzo spektakularny sposób, aby powieść ich do z góry wygranego boju o wolność. W między czasie giną osoby, o których od pierwszego pojawienia się na ekranie wiadomo, że dla większej dramaturgii i realizmu muszą umrzeć.

Dodatkowym, olbrzymim jak dla mnie zgrzytem, jest wyjawienie paru kluczowych elementów, co sprawia, że kiedy np. ma miejsce rozmowa o wyjątkowo wrednym stworze latającym, który zdołało „osiodłać” zaledwie pięć osób, to wiadomym było, że kiedy wreszcie wyjdzie na jaw szpiegowska misja Jacka i zostanie wykopany z plemienia, będzie musiał dosiąść właśnie tę bestię, aby przekonać obcych do siebie.

Zarzut nr 3:  Statek kosmiczny i inne pojazdy, niekoniecznie latające.

Troszkę przykro się o to czepiać, bowiem ogólnie rzecz biorąc to bardzo lubię ujęcia mające miejsce w kosmosie, ale kiedy zobaczyłem na ekranie statek, którym Jack przyleciał na Pandorę, to pomyślałem sobie: Czy ja oglądam jakąś grę komputerową? Zdjęcia co prawda piękne, ale bardziej realistyczne statki kosmiczne można obejrzeć w chociażby w Star Treku. Dno…

Kolejna kwestia, to wszystko inne, co się pojawiało w przestrzeni Pandory i na jej powierzchni. „Śmigłowce” to mieszanka amerykańskich helikopterów szturmowych Apache ( widzianych z boku), śmigłowca transportowego Huey (kabina pasażerska) i pionowzlotów głównego bohatera negatywnego z filmu Iniemamocni (śmigła umieszczone w pierścieniach ochronnych po bokach kadłuba). Patrząc z przodu, zarówno na te mniejsze, jak i na największy transporter, miałem wrażenie, że gdzieś już  te latające ustrojstwa widziałem: W filmie Obcy: Decydujące starcie latało sobie bardzo podobne cudo, używane przez kosmicznych Marines jako maszyna desantowo-szturmowa.

Z kolei mechy, czyli maszyny używane przez piechotę do przenoszenia i „ręcznej” obsługi najcięższego uzbrojenia strzeleckiego, zostały, jak by nie patrzeć, zerżnięte częściowo z serii Matrix, a częściowo z powieści Kawaleria kosmosu Heinleina. Oczywiście po drobnych modyfikacjach: W stosunku do matrixowych są  mniejsze, mają zakrytą kabinę i nie posiadają zamontowanego na stałe uzbrojenia, zaś porównaniu do opisanych przez Heinleina nie posiadają opancerzenia kabiny pilota, która jest jedynie oszklona.

Zarzut nr 4: Flora i fauna.

Zwierzaki i rośliny, aczkolwiek piękne, to wykazuj zdumiewające podobieństwo do naszej ziemskiej flory i fauny. Graficy najwyraźniej mocno wzorowali się na ziemskich zwierzętach, bo niektóre stworzenia pojawiające się w filmie wyglądają jak krzyżówki szalonego naukowca co dało dość komiczne efekty. Przykładami niech będą tutaj najcięższe stworzenia lądowe, które wyglądają jak połączone ze sobą rekin młot i nosorożec, oraz latające będące krzyżówką motyla z pterozaurami. Intrygującą „wpadką” jest fakt, że chociaż wszystkie stworzenia „wyższe” na Pandorze mają po sześć kończyn, to Na’vi jako jedyni mają ich cztery…

Poważną nielogicznością pozostaje inna kwestia: Kiedy Jack został odłączony od avatara po ataku ziemian na wioskę Na’vi, jego tubylcze ciało pozostało bez opieki przez co najmniej kilka godzin. Jednakże, mimo iż las roił się od różnego rodzaju drapieżników, jego avatar nie został nawet napoczęty przez zwierzęta. Równie dziwne jest to, że chociaż w trakcie pierwszego nocnego spaceru Jack został zaatakowany przez drapieżniki, to na późniejszych etapach „rozwoju osobowości”, żadne zwierzę, poza jednym latającym, nie wpadło na pomysł przerobienia go na obiad.

Podsumowując:

1. Typowa space opera (to akurat nic złego).

2. Ograne wątki.

3. Kolosalne błędy logiczne.

4. Wygląd gry komputerowej.

To wszystko sprawia, że nie żałuję tego, iż odpuściłem sobie wyjście do kina na ten film. Gdybym go tam obejrzał, to potem żal było by mi tych pieniędzy, które wydałbym na bilety.

Shrek…

16 lipca 2010, 15:44

Shreków było wielu… Wróć. Filmów o Shreku było wiele. Dokładnie rzecz biorąc: cztery. Wczoraj obejrzałem ostatni z serii (przynajmniej tak zapowiadają twórcy). Wrażenia? Opiszę omawiając wszystkie filmy.

Shrek

Film numer 1 stanowił novum na rynku. Przewrócił wyobrażenia na temat głównego bohatera i rozwiązania akcji do góry nogami. Nie dość, że pierwszoplanowa postać pozytywna była ogrem, to jeszcze mieszkała na bagnie, a zadania podjęła się nie z powodu bardzo szlachetnych pobudek, ale tylko dlatego, że chciała się pozbyć nieproszonych gości domu. Finał, aczkolwiek szczęśliwy, to też nietypowy. Księżniczka zaklęta w ogra, zamiast zmienić się w człowieka… pozostała ogrem.

Shrek II

Dwójka, chociaż słabsza, pokazała jednak klasę. Zderzenia dwóch światów ciąg dalszy i pokazanie tego, czego zbyt często się nie pokazuje: Księżniczka ze swoim „księciem” udaje się na salony i przedstawia wybranka swoim rodzicom. Oczywiście, co jest sprawą normalną w takim przypadku, a w baśniach nie pokazywaną, rodzicom niezbyt uszczęśliwionym faktem, że królewna poślubiła jakiegoś „prostaka” mieszkającego na bagnie. Finał też był przewrotny, bo osoba wypominająca Shrekowi barwę skóry też okazała się być… zielona.

Shrek III

Z przykrością stwierdzić muszę, że cierpiałem na nim katusze. Nie dość, że odgrzano główny wątek fabuły z pierwszej części („Hej ho, hej ho, po księcia by się szło…”), to jeszcze zakończenie było tak kretyńskie i pozbawione sensu (ni z gruszki, ni z pietruszki po przemowie wszyscy się nawrócili), że chciałem się ze wstydu schować pod fotel.  Wychodząc z kina żałowałem tych parunastu złotych, które wydałem na bilet.

Shrek Forever

Jest lepiej, dużo lepiej niż w „Trójce”. Nie ma sztucznego wątku z szukaniem zaginionego księcia, tylko kolejne, podobne do tego z dwójki, twarde zderzenie z rzeczywistością. Shrek, po okresie sielanki, zaczyna mieć wszystkiego serdecznie dosyć, co skutkuje zawarciem „niekorzystnej” umowy, w efekcie której zostały mu 24 godziny życia. Tyle, że dalej była już typowa dla Hollywoodu sztampa, która, chociaż pozwalała przewidzieć przebieg akcji, to jednak dawała sporo przyjemności w oglądaniu. Niestety, przyjemność popsuły mi zgrzyty w „czasoprzestrzeni”, w której toczyła się akcja filmu i jedno z końcowych ujęć.

Jak by nie patrzył, druga część filmu zdradziła odległość pomiędzy Zasiedmiogórogrodem a bagnem, na którym mieszkał Shrek: 700 mil z hakiem, czyli ponad 1000 km, której przebycie zajmuje kilka dni. W czwórce wiedźmom, wiozącym Shreka w wozie zaprzężonym w osła, zajęło to zaledwie kilka godzin. Ten, kto pisał scenariusz, chyba jednak „dwójki” nie oglądał.

W końcowym ujęciu następuje powtórzenie sceny z pierwszego filmu, w której Fiona swoim śpiewem spowodowała „detonację” ptaszka. Tym razem jednak, zamiast jakiegoś skowronka, eksplodowała ukochana gęś głównego bohatera negatywnego co całkowicie mnie zniesmaczyło i wywołało mój wewnętrzny sprzeciw. Co jak co, ale nie kopie się pokonanego przeciwnika. Być może wiele osób uznało tę scenę za śmieszną, ale Ja nie. Miałem bardzo miłe odczucia przez cały film, a tu nagle na zakończenie, zamiast doskonałego, pysznego deseru, dostałem kwaśny, zepsuty owoc.

Szkoda.

Trauma

2 stycznia 2010, 17:14

Przeżyłem dzisiaj najgorsze wydarzenie, jakie kiedykolwiek spotkało mnie w czasie projekcji filmu w kinie.

Siedzę sobie i oglądam Zemstę Maltazara (coraz bardziej zaciekawiony, ponieważ właśnie skończyły się dłużyzny i akcja zaczęła nabierać tempa), kiedy nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, robi mi się czarny ekran a na nim widnieją zielone litery: „Ciąg dalszy nastąpi…”

Normalnie jak by mnie ktoś walnął obuchem siekiery. Szok, niedowierzanie i złość na reżysera, który w taki sposób postanowił zakończyć film. Co jak co, ale takich rzeczy to się widzowi nie robi. Zwłaszcza, że całą treść póltoragodzinnego filmu można było jednak przedstawić w jakąś godzinę i dołożyć kolejną, zawierającą zakończenie.

Niestety, kolejny raz chęć zysku okazała się ważniejsza od szacunku dla widza. Dlatego wszystkim, którzy chcą sobie obejrzeć najnowsze dzieło Luca Bessona pt. Artur i zemsta Maltazara w kinie, doradzam, abyście sobie to odpuścili. Taniej wyjdzie wypożyczenie filmu i obejrzenie go na DVD tuż przed pójściem na trzecią część cyklu. Poza tym, oszczędzicie sobie frustracji wynikającej z przerwania projekcji w połowie opowieści.

2012

30 grudnia 2009, 16:09

Skuszony przez widoczne na reklamach tego filmu efekty specjalne, poszedłem sobie dzisiaj do kina, aby wreszcie zobaczyć ten obraz. 150 minut projekcji minęło mi bardzo szybko, natomiast chęć, aby wybrać się na niego ponownie, upewnia mnie w przekonaniu, że film mi się spodobał. Jak by jednak nie patrzeć, to parę babolów jak zawsze się znajdzie.

Na ten przykład całkowicie nie przemówiło do mnie wyjaśnienie, dlaczego nasza planeta nagle postanowiła się wnerwić i całkowicie pozmieniać układ kontynentów. Co jak co, ale nagłe znarowienie się neutrin i zmiana właściwości (ni z gruszki, ni z pietruszki postanowiły przestać przenikać wszystko bez problemów i zaczęły wchodzić w reakcje z materią) jest naciągana na równo. Zwłaszcza, że podgrzewały materiały wybitnie wybiórczo, czyli podnosiły bardzo szybko temperaturę jądra i płaszcza Ziemi, ale nijak nie robiły tego z atmosferą, litosferą i wszystkim, co było na powierzchni planety.

Inną sprawą, która wołała o pomstę do nieba, to scena na Morzu Chińskim, w czasie której świeżo powstałe tsunami spiętrzyło się na otwartym morzu w wysoką i krótką górę wodną, a potem załamało nad statkiem. Normalnie płakać się chce nad scenarzystą, który to wymyślił, że nie sprawdził przed napisaniem tej sceny, jak tsunami układa się na pełnym morzu. Wbrew temu, co widać na ekranie, fala jest bardzo niska, ale za to niesamowicie długa. Dlatego też statek, który został w filmie bardzo spektakularnie przewrócony do góry dnem (ewidentnie zerżnięte z „Tragedii Posejdona”), po prostu bardzo łagodnie podniósłby się do góry i nic by mu się nie stało. Cóż, jednak wtedy napięcie by nie wzrosło i nie narastał by lęk, czy aby na pewno ludzie zdołają się uratować na wybudowanych specjalnie do tego celu Arkach.

A propos: Nie rozumiem dlaczego w innych recenzjach widziałem jęki na temat „pałętającego się po ekranie Johna Cusaca” (cytat z pamięci). Przecież w końcu jak by nie patrzeć, każdy film katastroficzny musi mieć jakiegoś bohatera, z którym widz będzie mógł się utożsamić i z drżeniem serca oczekiwać, czy zdoła się wydostać z matni czy też zginie. Co prawda, jak to niestety jest nagminne w ostatnich latach, szansa na to, że główny bohater polegnie na polu chwały ratując Ziemię/kraj/grupę ludzi/rodzinę oscylowały w okoliach zera, to jednak zawsze istnieje ta niewielka szansa, że tym razem nie będzie typowego happy endu.

Tak czy siak osoby, które lubią dobre efekty specjalne i ciekawe kino katastroficzne zapraszam na 2012. Idźcie dopóki ten film jest w kinach. Na małym ekranie wybuch wulkanu nie będzie robił takiego wrażenia jak w kinie.