Wiecie, ostatnio zauważyłem pojawienie się wśród wielu osób trendu, w którym żyje przekonanie o „niepodważalności wniosków”. Osoby należące do niego są święcie przekonane tego, że skoro wysnuły na podstawie takich czy innych przesłanek jakieś wnioski, to one nie podlegają ocenie innych ludzi, przez co nikt nie nie powinien (czyt. „ma prawa”) brać ich na warsztat i poddać analizie pod kątem poprawności.
Dość ciekawe podejście w świetle tego, że zaledwie jedna osoba na tym świecie jest nieomylna i to też nie w każdej tematyce i okolicznościach. Jest to tym bardziej intrygujące, że te osoby przeważnie nie uznają nieomylności tej osoby, ale żądają uznania własnej nieomylności w kwestiach, w których się wypowiadają. Jeszcze bardziej intryguje fakt, że chociaż wymagają od innych, aby nie zabierali się za analizę i ocenę ich wniosków, to bardzo łatwo zabierają się do analizy i oceny wniosków przedstawianych przez innych ludzi…
Jak to się nazywa… Moralność Kalego?
Ten tekst troche trąci metodą postępowania kościoła i hierarchii kościoła rzymskokatolickiego – Twojego kościoła i tak się zastanawiam, czy czasem nie strzelasz do własnej bramki…
Od razu widać, że niewiele wiesz o Kościele katolickim. Kościół nie boi się ani rozmowy, ani oceny tego, co naucza. Takoż i dyskusji nie odmawia.
Gdyby było tak jak piszesz, to wszelki dialog ekumeniczny byłby niemożliwy.
Tylko że to Chrześcijanie rozpoczeli wszelki dialog ekumeniczny, a kościół rzymskokatolicki włączył się do tego dialogu jako ostatni i to na doczepkę. Gdyby nie Chrześcijanie, nie byłoby dialogu ekumenicznego a kościół rzymskokatolicki nadal tkwiłby głęboko w średniowieczu
Drugie zdanie kwalifikuje się jako dowcip.