Shrek…

16 lipca 2010, 15:44

Shreków było wielu… Wróć. Filmów o Shreku było wiele. Dokładnie rzecz biorąc: cztery. Wczoraj obejrzałem ostatni z serii (przynajmniej tak zapowiadają twórcy). Wrażenia? Opiszę omawiając wszystkie filmy.

Shrek

Film numer 1 stanowił novum na rynku. Przewrócił wyobrażenia na temat głównego bohatera i rozwiązania akcji do góry nogami. Nie dość, że pierwszoplanowa postać pozytywna była ogrem, to jeszcze mieszkała na bagnie, a zadania podjęła się nie z powodu bardzo szlachetnych pobudek, ale tylko dlatego, że chciała się pozbyć nieproszonych gości domu. Finał, aczkolwiek szczęśliwy, to też nietypowy. Księżniczka zaklęta w ogra, zamiast zmienić się w człowieka… pozostała ogrem.

Shrek II

Dwójka, chociaż słabsza, pokazała jednak klasę. Zderzenia dwóch światów ciąg dalszy i pokazanie tego, czego zbyt często się nie pokazuje: Księżniczka ze swoim „księciem” udaje się na salony i przedstawia wybranka swoim rodzicom. Oczywiście, co jest sprawą normalną w takim przypadku, a w baśniach nie pokazywaną, rodzicom niezbyt uszczęśliwionym faktem, że królewna poślubiła jakiegoś „prostaka” mieszkającego na bagnie. Finał też był przewrotny, bo osoba wypominająca Shrekowi barwę skóry też okazała się być… zielona.

Shrek III

Z przykrością stwierdzić muszę, że cierpiałem na nim katusze. Nie dość, że odgrzano główny wątek fabuły z pierwszej części („Hej ho, hej ho, po księcia by się szło…”), to jeszcze zakończenie było tak kretyńskie i pozbawione sensu (ni z gruszki, ni z pietruszki po przemowie wszyscy się nawrócili), że chciałem się ze wstydu schować pod fotel.  Wychodząc z kina żałowałem tych parunastu złotych, które wydałem na bilet.

Shrek Forever

Jest lepiej, dużo lepiej niż w „Trójce”. Nie ma sztucznego wątku z szukaniem zaginionego księcia, tylko kolejne, podobne do tego z dwójki, twarde zderzenie z rzeczywistością. Shrek, po okresie sielanki, zaczyna mieć wszystkiego serdecznie dosyć, co skutkuje zawarciem „niekorzystnej” umowy, w efekcie której zostały mu 24 godziny życia. Tyle, że dalej była już typowa dla Hollywoodu sztampa, która, chociaż pozwalała przewidzieć przebieg akcji, to jednak dawała sporo przyjemności w oglądaniu. Niestety, przyjemność popsuły mi zgrzyty w „czasoprzestrzeni”, w której toczyła się akcja filmu i jedno z końcowych ujęć.

Jak by nie patrzył, druga część filmu zdradziła odległość pomiędzy Zasiedmiogórogrodem a bagnem, na którym mieszkał Shrek: 700 mil z hakiem, czyli ponad 1000 km, której przebycie zajmuje kilka dni. W czwórce wiedźmom, wiozącym Shreka w wozie zaprzężonym w osła, zajęło to zaledwie kilka godzin. Ten, kto pisał scenariusz, chyba jednak „dwójki” nie oglądał.

W końcowym ujęciu następuje powtórzenie sceny z pierwszego filmu, w której Fiona swoim śpiewem spowodowała „detonację” ptaszka. Tym razem jednak, zamiast jakiegoś skowronka, eksplodowała ukochana gęś głównego bohatera negatywnego co całkowicie mnie zniesmaczyło i wywołało mój wewnętrzny sprzeciw. Co jak co, ale nie kopie się pokonanego przeciwnika. Być może wiele osób uznało tę scenę za śmieszną, ale Ja nie. Miałem bardzo miłe odczucia przez cały film, a tu nagle na zakończenie, zamiast doskonałego, pysznego deseru, dostałem kwaśny, zepsuty owoc.

Szkoda.


related post

Tags:

Jeden komentarz

  1. Ave pisze:

    Mimo zachęty chyba jednak tych filmów oglądać nie będę : D , jak napisaleś , szkoda tych kilkunasu złotych wydawać na , taki film … A też i czasu szkoda .

Skomentuj

Musisz być zalogowany aby zamieścić komentarz.