Wpisy archiwalne z: Grudzień 2009

2012

30 grudnia 2009, 16:09

Skuszony przez widoczne na reklamach tego filmu efekty specjalne, poszedłem sobie dzisiaj do kina, aby wreszcie zobaczyć ten obraz. 150 minut projekcji minęło mi bardzo szybko, natomiast chęć, aby wybrać się na niego ponownie, upewnia mnie w przekonaniu, że film mi się spodobał. Jak by jednak nie patrzeć, to parę babolów jak zawsze się znajdzie.

Na ten przykład całkowicie nie przemówiło do mnie wyjaśnienie, dlaczego nasza planeta nagle postanowiła się wnerwić i całkowicie pozmieniać układ kontynentów. Co jak co, ale nagłe znarowienie się neutrin i zmiana właściwości (ni z gruszki, ni z pietruszki postanowiły przestać przenikać wszystko bez problemów i zaczęły wchodzić w reakcje z materią) jest naciągana na równo. Zwłaszcza, że podgrzewały materiały wybitnie wybiórczo, czyli podnosiły bardzo szybko temperaturę jądra i płaszcza Ziemi, ale nijak nie robiły tego z atmosferą, litosferą i wszystkim, co było na powierzchni planety.

Inną sprawą, która wołała o pomstę do nieba, to scena na Morzu Chińskim, w czasie której świeżo powstałe tsunami spiętrzyło się na otwartym morzu w wysoką i krótką górę wodną, a potem załamało nad statkiem. Normalnie płakać się chce nad scenarzystą, który to wymyślił, że nie sprawdził przed napisaniem tej sceny, jak tsunami układa się na pełnym morzu. Wbrew temu, co widać na ekranie, fala jest bardzo niska, ale za to niesamowicie długa. Dlatego też statek, który został w filmie bardzo spektakularnie przewrócony do góry dnem (ewidentnie zerżnięte z „Tragedii Posejdona”), po prostu bardzo łagodnie podniósłby się do góry i nic by mu się nie stało. Cóż, jednak wtedy napięcie by nie wzrosło i nie narastał by lęk, czy aby na pewno ludzie zdołają się uratować na wybudowanych specjalnie do tego celu Arkach.

A propos: Nie rozumiem dlaczego w innych recenzjach widziałem jęki na temat „pałętającego się po ekranie Johna Cusaca” (cytat z pamięci). Przecież w końcu jak by nie patrzeć, każdy film katastroficzny musi mieć jakiegoś bohatera, z którym widz będzie mógł się utożsamić i z drżeniem serca oczekiwać, czy zdoła się wydostać z matni czy też zginie. Co prawda, jak to niestety jest nagminne w ostatnich latach, szansa na to, że główny bohater polegnie na polu chwały ratując Ziemię/kraj/grupę ludzi/rodzinę oscylowały w okoliach zera, to jednak zawsze istnieje ta niewielka szansa, że tym razem nie będzie typowego happy endu.

Tak czy siak osoby, które lubią dobre efekty specjalne i ciekawe kino katastroficzne zapraszam na 2012. Idźcie dopóki ten film jest w kinach. Na małym ekranie wybuch wulkanu nie będzie robił takiego wrażenia jak w kinie.

Kto uratuje Święta?

21 grudnia 2009, 18:50

Kiedyś w jednej książeczce z komiksem o Garfieldzie natrafiłam na serię bożonarodzeniową – Garfield oglądał świąteczne filmy, które były dosyć monotematyczne. Mianowicie wszystkie były na zasadzie, że jakieśtam zwierzę ratowało Święta: mysz, lew, a nawet… wąż (mówiąc przy tym „Merry Christmasssssss”). I niestety wcale to nie jest przesada, ponieważ każdego roku jesteśmy zasypywani głupimi filmami zza oceanu, w których ktoś tam ratuje Święta. Ale zaraz zaraz, czy naprawdę Święta, czy tylko Santa Clause’a i prezenty?

Wielkiego odkrycia nie dokonam jeśli stwierdzę, że Święta w ciągu ostatnich 10 lat gdzieś nam się pogubiły. Nadeszły nowe wzorce z Zachodu z Santa Clausem na czele, który wypchnął naszego rodzimego Świętego Mikołaja w Mitrze i z laską biskupią. Praktycznie każdy hollywoodzki film o Świętach polega na tym, że Santa Claus nie może roznieść prezentów i przez to stanie się coś okropnego: Nie będzie Świąt!!!

W tym kontekście podoba mi się film „Grinch – świąt nie będzie”. Bowiem co prawda bohaterowie odzyskali w końcu prezenty, ale dopiero po tym jak odkryli, że w Świętach najważniejsze są… właśnie Święta.

Święta stały się hedonistyczną pogonią za przyjemnościami. Najbardziej to widać w tzw. kalendarzach adwentowych. Dla niewtajemniczonych – to są takie plansze ponumerowane od 1 do 25. Pod każdą liczbą znajdują się drzwiczki, za którymi jest jedna czekoladka. Pod numerem 25 jest oczywiście dużo większa od pozostałych: adwent według popkultury to przyjemne czekanie na jeszcze większą przyjemność, czyli prezenty. Natomiast w Kościele Adwent jest czasem oczekiwania duchowego, kiedy przygotowujemy się na przyjście Pana.

 Czasem myślę, że współczesne Święta przypominają groteskową imprezę urodzinową. Wyobraź sobie, że przychodzisz do domu, a wszyscy świętują Twoje urodziny. Ale nikt nie zauważa Twojego przyjścia. Impreza trwa w najlepsze, goście wyciągają tort, sami zdmuchują świeczki i się nim częstują, zaczynają otwierać prezenty które Tobie przynieśli. Krótko mówiąc – w Twoje święto lepiej się bawią bez Ciebie. Brzmi okropnie? A tak chyba czuje się Jezus co roku.

 Kto więc naprawdę uratuje Święta? Każdy, dla którego przyjście Jezusa jest ważniejsze od przyjścia Santa Clausa.

Ps. Przeciwko samym prezentom nie mam nic. Sama je kupiłam dla najbliższej rodziny, ale bez gonitwy „jak najwięcej, jak najdrożej”. Nie kupiłam ich też dla nich samych, ale aby sprawić radość innym.

Kto chce iść do nieba?

19 grudnia 2009, 06:00

Słyszałem kiedyś historię: 

Pewien rekolekcjonista zadał pytanie w środku jednej z homilii:

- Kto chce iść do nieba?

Momentalnie uniósł się las rąk. Ksiądz zadał więc kolejne pytanie:

- A kto chce iść do nieba teraz?

Wszystkie dłonie opadły.

Wiecie, kiedy postawiłem się w tej sytuacji, pośród osób, które usłyszały to pytanie, to wstyd się przyznać, ale zawahałem się. Przez moment, co z przerażeniem sobie uświadomiłem, nie chciałem iść do nieba w chwili obecnej.  przez chwilę zastanawiałem się, że jeszcze coś chciałbym zrobić na tym świecie, czegoś doświadczyć, a dopiero potem znaleźć się z Bogiem. W tym samym momencie zrozumiałem, dlaczego osoby, które wierzą w raj na ziemi, nie chcą znaleźć się w niebie.

Niebo oznacza, że cały nasz doczesny świat, wszystkie dobra, które zgromadziliśmy, wszystkie przyjaźnie, miłości idt. odejdą w przeszłość. Przeminą i już nie wrócą. W niebie, po zmartwychwstaniu, będziemy jak aniołowie – ani się żenić nie będziemy, ani wychodzić za mąż. Nie będzie majątków, pieniędzy… Będziemy przez wieczność cieszyć się miłością Boga i z Nim przebywać.

Dla człowieka, który jest przywiązany do zwykłej ludzkiej miłości, do posiadania domu, samochodu i innych dóbr materialnych, wizja nieba jest nie do przyjęcia. Nie potrafi bowiem wyobrazić sobie życia bez tego wszystkiego. Bycie jak anioł z Bogiem w niebie to nie jest dla niego wizja raju, wizja wiecznego szczęścia. To zaś sprawia, że kiedy usłyszy kogoś, kto obiecuje mu wieczne życie na ziemi, ale bez chorób i śmierci, to pójdzie za nim bez wahania. Wizja takiej wieczności do dla niego Ziemia Obiecana. Ziemia, gdzie niczego, co ma, nie będzie musiał się wyrzekać.

Nie dawajmy się jednak oszukać: Mieszkania, które Chrystus nam przygotowuje, są w niebie, a nie na ziemi. Tam zabierze tych, którzy w niego wierzą i go naśladują.

Wiecie… Ja chcę być w niebie. Najlepiej od razu.

Tablica

18 grudnia 2009, 21:26

W nocy z 17 na 18 grudnia z obozu koncentracyjnego Auschwitz skradziono napis „Arbeit Macht Frei”. Policja, między innymi, podejżewa, że za tą kradzieżą stoją grupy neonazistowskie.

Może to i prawda, ale ja mam dziwne wrażenie, że robota była zlecona i stoi za nią jakiś popaprany kolekcjoner, który postanowił mieć napis znad bramy wejściowej „najsłynniejszego” obozu koncentracyjnego II Wojny Światowej.

Wigilijny karp

16 grudnia 2009, 10:28

Jak przeczytałem na Onecie, rząd zabrał się za kwestię uboju karpi z okazji wigilii. Zgodnie z najnowszą nowelizacją ustawy, zabijanie ryb ma dokonywać się w taki sam sposób, jak i pozostałych kręgowców.Pomijając różne aspekty tej sprawy (czyli wynikający z niej zakaz zabijania ryb w domu), najbardziej zaintrygował mnie w artykule zapis:

(…) uśmiercanie zwierząt powinno odbywać się tylko poprzez uderzenie w głowę. Bezwzględnie nie mogą przyglądać się temu dzieci. Dlatego w punktach sprzedaży, powinny być wydzielone specjalne miejsca, gdzie karp będzie zabijany i patroszony. Osoba, która ma się tym zajmować, powinna mieć wykształcenie co najmniej zasadnicze zawodowe.

Inaczej mówiąc, niedopuszczalne jest zabicie ryby przed ocięcie jej głowy jednym ciosem topora czy noża. Co ciekawsze, najwyraźniej nasi rządzący uważają, że osoba bez wykształcenia zawodowego nie jest w stanie sobie przyswoić techniki ogłuszania ryby. Widać wg. nich uderzenie np. trzonkiem noża w głowę przekracza zdolności człowieka po podstawówce.

Zadziwił mnie natomiast fragment na temat o zakazie przyglądania się uboju ryb przez dzieci. Przyznam się bez bicia: Wychowałem się na wsi i wielokrotnie, jako małe dziecko, przyglądałem się „brutalnej” scenie zabijania ryby, a potem jej patroszenia. Ba! Było to powiązane z zabawą, ponieważ bardzo fajnie się strzelało z pęcherza pławnego. Nigdy nie miałem problemu, że płakałem, aby nie zabijać ryby. Od małego byłem bowiem wychowany, że losem karpia wigilijnego jest patelnia i trzeba go wcześniej zabić. Może nasi rządzący powinni więc zabrać się za poprawienie programów, aby uczyć dzieci, że to mięsko, które jedzą w domach, nie bierze się z niczego, ale pochodzi ze krów, świń, kur itd.. Wtedy nie będzie problemu ze zszokowanym miastowym dzieckiem, które przeżywa traumatyczne chwile widząc, jak zabijany jest karp na wigilię.

Tak nawiasem: Jak byłem mały widziałem również szlachtowanie kur i królików – niestety, świnie były zabijane zbyt wcześnie rano (musi się solidnie wykrwawić), abym zdążył na to przedstawienie. Widziałem również ich patroszenie. Nie zauważyłem, żeby to negatywnie wpłynęło na moje przekonania czy psychikę.

W ilu Bogów wierzysz?

15 grudnia 2009, 06:00

Pytanie proste. Jasne jak słońce. Jednakże odpowiedź, nawet jeżeli będzie równie jasna i prosta, to nie zawsze zdoła się przebić do świadomości słuchaczy. Zwłaszcza, jeżeli słuchaczem jest antytrynitarianin, dla którego przekonanie, że wierzący w Trójcę wierzą w trzech Bogów, stanowi oś argumentacji antytrynitarnej.

W takim przypadku, choćbyś wyszedł ze skóry i stanął obok, albo przebił głowa pół metra stalowego pancerza jako pokaz siły Twej wiary, to i tak nic nie pomoże. Antytrynitarianin zawsze będzie lepiej od Ciebie wiedział w ilu Bogów wierzysz.

Nie ważne, że dasz świadectwo swojej wiary. Nie ważne, że inni wierząc w Trójcę to świadectwo potwierdzą. Nie ważne orzeczenia soborów, katechizmy czy inne dokumenty, gdzie czarno na białym stoi, że wiara w Trójce jest wiarą w jednego Boga. To wszystko to śmieci w świetle jedynego słusznego przekonania, że „Trójca to trzech Bogów w jednym Bogu”. Wszak przecież jak fakty zaprzeczają antytrynitarnym teoriom, to tym gorzej dla faktów.

Mózgi wyprane idealnie.

Razem na próbę

14 grudnia 2009, 10:52

Modne, nieprawdaż?

Para, która jest ze sobą od jakiegoś czasu postanawia sprawdzić, czy zdołają żyć razem w małżeństwie i stwierdza, że zamieszkają wspólnie „tak na próbę”. Co bowiem będzie, jeżeli się po ślubie okaże, że nijak do siebie nie pasują? Że nie potrafią się pogodzić i dojść do porozumienia w najprostszych sprawach? Totalna masakra i śmierć w męczarniach albo rozwód. Skoro więc ich mieszkanie ze sobą nikogo nie skrzywdzi, to nie tylko można, a wręcz trzeba to zrobić.

Brzmi logicznie?

Bzdura. Brzmi strasznie.

Mieszkanie na próbę, aby sprawdzić, czy para jest do siebie dopasowana, to jeden wielki mit. Pomijając już fakt, że oni na pewno zgrzeszą łamiąc VI przykazanie, to test nie jest miarodajny, ponieważ inaczej podchodzi się do tematu szukania rozwiązań w momencie, kiedy wiadomo, że można się w każdej chwili rozstać, a inaczej wtedy, kiedy nie ma możliwości rozejścia się. To tak jak z próbnymi egzaminami: Nie ma presji, że jak coś się nie uda, to koniec pieśni i sprawa zawalona. Nie ma po prostu tej woli walki, aby jednak jakieś porozumienie osiągnąć i dojść ze sobą do ładu i składu. Małżeństwo, nierozerwalne oczywiście, stanowi tę motywację, aby jednak się dogadać.

Tak nawiasem, to warto pamiętać, że narzeczeństwo wymyślono po to, aby para miała czas na rezygnację ze ślubu (nawet w ostatniej chwili), a nie jako miłą tradycję bez znaczenia. Dlatego też powinno ono być odpowiednio długie (minimum rok), a nie „dziś oświadczyny, jutro ślub, a pojutrze chrzciny”. Szansa na udanie się małżeństwa, które zostało zawarte po tygodniowej znajomości są minimalne. Wiem to z własnego otoczenia.

Emerytury

10 grudnia 2009, 13:14

Jak można poczytać w Gazecie Wyborczej, eksperci przewidują, że obecny system emerytalny zawali się za w ciągu najbliższych dwudziestu lat. Zgodnie  ich prognozami stanie się to z tej przyczyny, że drastycznie spadnie liczba osób pracujących na utrzymanie emerytów (w Polsce przewiduje się, że będzie to dwóch pracujących na 1 emeryta). Oczywiście, jak zwykle znajdują się tam wezwania, że trzeba koniecznie coś zrobić.

Stawiam zakład, że nikt niczego nie zrobi.

Przyczyna? Jedynym sposobem na uzdrowienie „systemu”, jest całkowita rezygnacja z regulowania i wypłacania emerytur przez państwo. Ludzie muszą nauczyć się sami dbać o swoje emerytury i myśleć o tym, z czego utrzymają się w przyszłości. Jednakże żaden rząd nie zgodzi się na to, że taka forsa, jaką obraca w ramach ZUS, zostanie im zabrana i oddana w prywatne ręce.

Dlatego też patrzę na to realnie i nie liczę na to, że apele o zmiany w systemach emerytalnych przyniosą jakiś skutek. Wolę zabrać się za odkładanie na emeryturę we własnym zakresie. Na państwo nie ma co liczyć.