Happy end

Plaga dzisiejszych produkcji filmowych, od której nie można się uwolnić, to szczęśliwe zakończenia. Nie ważne o czym jest film, ważne aby tylko zakończył się happy endem.

Oglądając kolejne filmy czy seriale, zaczynam marzyć o powrocie czasów, kiedy idąc do kina nie dało się przewidzieć, w jaki sposób zakończy się oglądane dzieło. Do ostatniej sekundy widz nie miał pojęcia, czy para się zejdzie, czy bitwa zakończy się wygraną, czy… Po prostu nie istniało przekonanie producenta, że jedyne możliwe zakończenie, to szczęśliwe.

Takie, trochę smutne, refleksje wywołało u mnie obejrzenie dwóch obrazów. Jednego w kinie, a drugiego w telewizji. Pierwszym była produkcja z 1953 roku pt. „Rzymskie wakacje”, natomiast drugą kolejny odcinek serialu „Ojciec Mateusz”. Dwie produkcje i całkowicie odmienne wrażenia. Kiedy oglądałem „Rzymskie wakacje”, to nie miałem wątpliwości, że zakończenie zawarte w tym filmie jest absolutnie poprawne i zgodne z logiką. Brak happy endu nie razi i jest doskonale wpasowany w fabułę. Natomiast oglądając kolejny odcinek „Ojca…” zamarzyło mi się, żeby scenarzyści chociaż raz pokazali, że tytułowy bohater nie jest doskonałą osobą i popełnia błędy. Aby w chociaż jednej części serialu okazało się, że to policja poprawnie rozwiązała sprawę, natomiast ksiądz Mateusz źle wnioskował i wskazał niewłaściwą osobę.

Nieosiągalne marzenie. A. C. Doyle, który stworzył Sherlocka Holmesa, pozwolił swojemu bohaterowi na przeprowadzenie kilku spraw, w których detektyw popełnił błędy albo wręcz nie zdołał rozwiązać powierzonej mu sprawy. Scenarzyści dzisiejszych kryminałów tworzą swoje postacie jako doskonałe. Popełnienie przez nie błędu jest niemożliwe.

Szkoda.